MORZE - 1988r.

MORZE - 1988r.

9 stycznia br. w porcie wojennym Gdynia-Oksywie uroczyście podniesiono banderę MW PRL na nowym okręcie rokietowym oraz nadano mu nazwę ORP "Warszawa". Miano to odziedziczy po poprzedniku w pokoleniowej sztafecie jednostek flagowych naszych sił morskich, a znak taktyczny ,.271" przejął po ,,Błyskawicy", która po wyjściu z linii została przekształcona w obiekt muzealny.
            Dowódcą ORP ,,Warszawa ' jest kmdr por. Jerzy Wójcik. Stał on również na czele załogi niszczyciela rakietowego o tej nazwie, sprawując funkcje d.o. od 1973 roku do końca stycznia 1986 roku, kiedy to wycofano ów okręt ze służby. Teraz komandor Wójcik - doświadczony oficer morski - czuwa wespół z kadrą okrętową nad wyszkoleniem kolejnego marynarskiego kolektywu. Tradycja każe spodziewać się na poligonowych akwenach sukcesów. A że wykuwanie ich bywa wielce fotogeniczne, przeto zamierzamy wkrótce zamieścić na naszych łamach zestaw reporterskich zajęć z ORP "Warszawa".
Tymczasem proponujemy ,,zwiedzenie" okrętu - na planszy przedstawia się on w całej okazałości!

"Warszawa" nazwę tę nosi już drugi okręt w historii Marynarki Wojennej PRL. W styczniu bieżącego roku podniesiono na nim biało-czerwona banderę. Dowódcą nowej "Warszawy" został doświadczony oficer. kmdr por. Jerzy Wójcik, który mimo nawału zajęć znalazł czas na krotką rozmowę z przedstawicielem "Morza".
- Panie komandorze gratulujemy nowego dowództwa. Nazwa okrętu nie jest jednak Panu obca, to już druga pańska "Warszawa".
- Istotnie. Właściwie cała niemalże moja marynarska kariera związana jest z. tą nazwą. Na starą "Warszawę" trafiłem w 1970 r., jako dowódca grupy rakiet cztery lata później objąłem funkcję zastępcy dowódcy okrętu, a w 1978 r. zostałem jego dowódcą. Wytrwałem na tym stanowisku niemal 10 lat, do chwili wycofania "Warszawy" ze służby. Teraz objąłem nową "Warszawę" i myślę, że ten mój drugi okręt jest jednocześnie ostatnim, którym dowodzę. Latka lecą.
- Trochę za wcześnie mówić o odejściu. Nowa "Warszawa'' to przecież historia zaledwie kilku ostatnich miesięcy. Ale skoro zaczął pan o upływających latach, to proponuję cofnąć się do momentu, w którym zdecydował pan o swojej przyszłości.
Pochodzę ze Starościc, to jest taka niewielka wieś niedaleko Lublina. Do wielkiej wody daleko, ale miałem szczęście bo do naszej szkoły podstawowej trafiły dwie siostry - nauczycielki, których ambicją było otwarcie nam oczu na wielki świat. To właśnie one wpłynęły naukształtowanie się moich zainteresowań morzem. Pasjonowały mnie książki podróżnicze, wówczas również sięgnąłem po raz pierwszy po "Morze", które odtąd stale mi towarzyszy. Gdy skończyłem "podstawówkę" to pojechałem nawet z siostrą do Gdyni zdawać do Szkołv Morskiej ale akurat od tego roku zmieniono system przyjęć kandvdaci musieli się odtąd legitymować małą maturą. Musiałem więc jeszcze poczekać. Później, gdy byłem już w liceum w Świdniku, dowiedziałem się o możliwościach zdawania do Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej.
Po maturze wystartowałem i zdałem konkursowy egzamin i zostałem przyjęty.
- Jak rodzice zareagowali na ten nieoczekiwany zapewne dla nich wybór?
Zachwyceni chyba nie byli, ale nie starali się odwieźć mnie od tego pomysłu choć mama do dzisiaj uważa, że morze to nie miejsce dla człowieka.
- Mimo tego podjął pan jednak studia w WSMW
Tak. Zacząłem w 1960 r. a w 1962 r. przeniesiono mnie wraz z kilkoma kolegami do radzieckiej uczelni wojenno-morskiej nad Morzem Kaspijskim, gdzie przeszliśmy specjalistyczne studia w zakresie najnowocześniejszej techniki bojowej. Studia skończyłem w 1966 r.
- Pierwszy przydział.
Po studiach zacząłem od małych okrętów rakietowych. Pływałem na nich 4 lata, a od 1970 r. jak już mówiłem, "Warszawa"
- Z prostego rachunku wynika, że ma pan za sobą 22-letni staż na okrętach. Czy nie jest pan tym już znużony?
Wie, pan, to by się trzeba cofnąć do "podstawówki". Wtedy zapadłem na tę morską chorobę i jakoś dotąd nie minęło. Myślę o tym specyficznym romantyzmie morskiej służby. To chyba banalne co mówię i wydawać by się mogło, że niezbyt pasujące do służby na współczesnym okręcie bojowym, wytworze nowoczesnej techniki, ale w moim przypadku tak jednak jest. Uważam zresztą, że bez tego, nawet jeśli ktoś trafi na okręty, to nie wytrzyma tu długo, oczywiście wrażenia te spotęgowane są gdy pływa się na żaglowcu. Pamiętam wspaniałe momenty z pływań studenckich jeszcze na "Iskrze". Utrwaliły się w pamięci niczym kolorowy film. Sztorm na Morzu Śródziemnym, granatowe niebo rozdarte niegasnąca pajęczyną błyskawic - tego się nie zapomina.
- Skoro o tym mowa, jaka jest pana opinia o szkoleniu pod żaglami adeptów marynarskiego rzemiosła
- Nigdy nie zgadzałem się z koncepcjami, dążącymi do wyeliminowania żagli ze szkolenia. Tylko na żaglowcu można tak gruntownie poznać żywioł, nabyć nawyków dobrej praktyki morskiej, wykształcić zdolność przewidywania i szybkiej reakcji. Szczęśliwie ta właśnie koncepcja u nas zwyciężyła.
- Czy rodzina podziela pana morskie fascynacje?
- Z tym różnie bywało. Niestety w tej służbie człowiek jest gościem we własnym domu. Nie ukrywam, że są to problemy z którymi niełatwo się uporać. To co nienormalne dla "lądowych" rodzin tutaj staje się normalnym. Szczególnie obciąża to nasze żony, na których spoczywa większość życiowych ciężarów, wychowanie dzieci. Muszą przyzwyczaić się do naszej nieobecności. Wiem z kolei, jak mnie trudno jest przystosować się do normalnego lądowego życia. Ze strachem myślą co to będzie gdy już na stałe zejdę z okrętu.
- Chwilowo jednak jeszcze pan nie schodzi.
- I całe szczęście, choć czasami myślę, że jestem już za stary na okręty. Ale to jest mój świat, moja, używając znowu może zbyt wielkich słów, barwna przygoda. W morzu większość problemów znika. Morze mobilizuje i uspokaja mino, że są tu i mocne przeżycia, wymagające często dużej odporności. Ale dochodzi się do tego, że okrętem kieruje się "jednym palcem". gdy stworzy się dobry zespół, gdy jest się pewnym ludzi i okrętu - to morze nie jest straszne.
-   Dziękuję za rozmowę.

Rozmowę przeprowadził ALEKSANDER GOSK

Przedstawiając Czytelnikom nowy nabytek noszej Marynarki Wojennej: ORP ,,Warszawa", przypomnijmy okręty noszące tę; nazwę w przeszłości. Pierwszym był monitor rzeczny, który zapoczątkował serię 4 bliźniaczych jednostek zbudowanych dla PMW przez Danziger Werft (W.M. Gdańsk) w 1920 roku. ,,Warszawa" i pozostałe monitory: "Horodyszcze", "Pinsk" i "Mozyrz" (przemianowany na ,,Toruń") rozpoczęły służbę we Flotylli Wiślanej, a zakończyły ją w Pińskiej, ulegając samozatopieniu we wrześniu 1939 roku. Miały one interesujące rozwiązania konstrukcyjne, były parokrotnie modernizowane Obiecując shiploverom prezentację tych szczegółów, przytaczamy na razie charakterystykę monitora typu ,,Warszawa" w pierwotnej wersji (jak na rysunku) : wyporność 110126,5 t; wymiary 34,5 (m. p.) x 5,05 x 0,75 - 0,8m; uzbrojenie - 2 działa 105 mm 4 ckm; opancerzenie 12 mm; napęd - 3 silniki Maybach omocy po 60 KM. 3 śruby, prędkość 9 wężłów; załoga 44 ludzi.
Drugim okrętem, który otrzymał nazwę ,,Warszawa", bvł niszczyciel rakietowy eksploatowany w Marynarce Wojennej PRL od 25 czerwca 1970 roku do 31 stycznia 1986 roku. Demonstrowany już w "Morze" m.in. na kolorowym rysunku perspektywicznym i obszernie opisany, obecnie ukazany jest w rzucie bocznym. Jego dane taktyczno-techniczne; wyporność maks.ok. 4000t; wymiary 126,5 x 12,9 x 4,9 m.; uzbrojenie - 2 działa 130 mm !1 xII), 4 działa plot. 45 mm (1 x IV), podwójna wvrzutnia rakiet klasy "woda-powietrze", 2 wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowych pocisków głębinowych, pięciorurowa wyrzutnia torped 533 mm; moc siłowni: ok, 70 000 KM, prędkość ok. 36 węzłów. 'W czasie  służby pod biało-czerwoną banderą okręt przebył ponad 77 tyś. mii morskich.