Bandera - Tygodnik Marynarki Wojennej - 30.VII.1972r.

Bandera - Tygodnik Marynarki Wojennej - 30.VII.1972r.

Tropiciele na schwał

Ledwie przebrzmiał sygnał alarmu bojowego i ludzie zdążyli zameldować o obsadzeniu zawiadywanych w nim stanowiskach, kiedy pełniącemu w ciasnej kabinie wachtę hydroakustyczną bosmanmatowi Tadeuszowi Morzyńskiemu dowódca okrętu nakazał rozpoczęcie podwodnych poszukiwań w podanym przez siebie sektorze. Powtórzywszy rozkaz podoficer odruchowo poprawił słuchawki na uszach i w głębokim skupieniu począł nasłuchiwać.
      Z powyższego można było wnioskować, że ORP "Warszawa" sąsiaduje z okrętem podwodnym, który przyczajony gdzieś w głębinie wyczekiwał być może dogodnego momentu do zaatakowania go torpedami. Trzeba więc było jak najszybciej wykryć go i określić dokładną pozycję, na jakiej się znajdował. Stąd też na bosmacie Morzyńskim ciążyło niebagatelne, a jednocześnie odpowiedzialne zadanie. Od podoficera, a ściślej mówiąc od jego umiejętności specjalistycznych, spostrzegawczości i orientacji, uzależniony był dalszy tok akcji bojowej i być może bezpieczeństwo okrętu.
      Dowódca niszczyciela daleki był jednak od niepokoju o efekty prowadzonych przez bosmata Morzyńskiego poszukiwań, dobrze przecież znał jego nieprzeciętne kwalifikacje oraz doświadczenia w tego typu zadaniach, nabyte w ciągu ponad czteroletniej służby na morzu.
      Zgłosił się do niej ochotniczo, ledwie tylko ukończył 18 rok życia. Jako absolwent liceum ogólnokształcącego próbował najpierw dostać się na studia do Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej. Składał nawet wstępny egzamin któremu podlegają kandydaci do tej uczelni. Osiągnął w nim mierny wynik, niektórzy oczywiście wypadli od niego lepiej, mieli więc, przy mocno ograniczonej ilości miejsc, większą niż Morzyński szansę dostania się na pierwszy rok studiów. Tadeuszowi i wielu jeszcze kandydatom nie dopisało, jak to się mówi, szczęście.
Mimo niepowodzenia, nie porzucił jednak myśli o służbie na morzu, a w dowód tego zgłosił się niebawem do Podoficerskiej Szkoły Zawodowej Marynarki Wojennej. Ukończywszy specjalistyczny kurs hydroakustyków trafił wprost na okręt. Bardziej wprawdzie pociągała go popularna specjalność sternika, jednakże, w owym okresie, nie była ona reprezentowana na kursie. Do wyboru miał tylko cztery specjalności: rnotorzysty, elektryka okrętowego, minera oraz hydroakustyka. Zdecydował więc opanować ostatnią z wymienionych.
      Dziś zadowolony jest z takiego wyboru. Z czasem bowiem charakter i zakres obowiązków hydroakustyka najwyraźniej przypadły mu do gustu, a nawet stały się prawdziwą pasją Tadeusza. Nic więc dziwnego, że czynił szybkie postępy w opanowaniu swojej specjalności, wyrazem czego jest m.in. posiadanie przez bosmata Morzyńskiego tytułu hydroakustyka II klasy, który potwierdza egzaminem już drugi rok z rzędu. Ponadto zajmuje dziś odpowiedzialne stanowisko dowódcy grupy hydroakustyków na ORP "Warszawa".
      Znamienną jest przy tym okoliczność zdobycia przez wszystkich podkomendnych podoficera tytułu specjalisty klasowego. Wyjątek w tym względzie stanowi jedynie marynarz Zdzisław Myśliwiec, który stosunkowo niedawno wszedł w skład załogi naszego niszczyciela. Wszystko jednak wskazuje na to, że już najbliższej jesieni zdobędzie klasę, takie jest zresztą postanowienie młodego hydroakustyka.
      Fakty powyższe dostatecznie chyba mówią o wysokim poziomie wyszkolenia fachowego grupy podległej bosmatowi Morzyńskiemu. Za tym przemawia również i taki argument, jak wykonanie przez hydroakustyków wszystkich swoich zadań na ocenę, b. dobrą, zarówno w ubiegłym, jak i bieżącym roku.
      ...Przy tym stanie rzeczy łatwo pojąć czemu dowódca ORP "Warszawa" spokojny był o wynik poszukiwań ukrytego pod wodą "przeciwnika". W podobnych sytuacjach bosmat Morzyński zawsze okazuje się niezawodny. Chyba więc i tym razem okaże się godnym zaufania.
      O tym zresztą przekonano się już wkrótce, kiedy na pomost bojowy niszczyciela dotarł ze stacji "hydro" pierwszy konkretny meldunek.
      GSD... Echo! Namiar 275... odległość 18 kabli... - donosił ze spokojem wachtowy hydroakustyk. - Sklasyfikować echo! - rozkazał w odpowiedzi dowódca okrętu.

      Realizując polecenie przełożonego bosmat Morzyński szybko i z właściwą sobie dokładnością ustalił odległości, namiar środkowy i szerokość celu, głębokość, na jakiej był zanurzony, ton i kierunek przemieszczania się echa, co pozwalało orientować się czy cel zbliża, czy oddala się od "Warszawy".
      W krótce potem na pomoście bojowym "Warszawy" znowu usłyszano głos podoficera: - Prawdopodobny kontakt z okrętem podwodnym... - Utrzymać kontakt - brzmiało kolejne polecenie "pierwszego po bogu".
      Od tej chwili hydroakustyk już systematycznie w krótkich odstępach czasu informował przełożonego o aktualnej pozycji celu, przekazuje w pierwszym rządzie szczegóły dotyczące jego namiaru i odległości.
      Ta jednak zmniejszała się z, każdą minutą upewniając o bliskim już finale kontynuowanego zadania. Przemawiało też za tym wydane specjalistom broni podwodnej polecenie przygotowania odpowiedniej serii bomb głębinowych.
      Wątpliwe czy przebywająca w zanurzeniu załoga okrętu podwodnego wiedziała o przygotowywanym na nią skrupulatnie uderzeniu. A gdyby nawet, to> i tak nie miała ona możliwości uchylenia się przed nim. O ucieczce nie mogło być mowy,, ponieważ podwodnik w połowie nawet nie dorównywał prędkością naszemu niszczycielowi. Teraz to już nawet pogrążenie się na większą głębokość nie powstrzymałoby tropicieli od urzeczywistnienia swojego zamiaru. Czyli sprawa była, krótko mówiąc, przesądzona - przeciwnika osaczono i o unieszkodliwieniu go decydowały już tylko sekundy.
      Kiedy nie było już wątpliwości, że ORP "Warszawa" znajduje się nad celem, oczekiwany przez wszystkich rozkaz "pal" postawił przysłowiową kropkę nad "i" w przeprowadzonej sprawnie akcji bojowej.

Pełne napięcia nerwowego zadanie ludzie z niszczyciela mieli więc za sobą.

A przyznać trzeba, że atak na OP był wyjątkowo udany, co nawet potwierdziła oficjalna, wystawiona przez uczestnicząca w ćwiczeniach komisję, b. dobra nota.

ORP "Warszawa" po wykonaniu zadania.

"W latach 50-tych ojciec mój był członkiem PZPR. Był na stanowisku kierowniczym w Zakładzie Energetycznym. Wystąpił z PZPR a razem z nim większość pracowników Zakładu.
W latach 70-tych starałem się razem z Mikołajem Kościukiem o zgodę na studia w WSMW. On tę zgodę otrzymał, mnie proponowano kwatermistrzostwo.

Na podstawie informacji uzyskanej od d-cy dz. V, później wykładowcy w WSMW T. Szewczyka nie przyjęto mnie ze względów politycznych. Informację tę uzyskał z archiwum WSMW. Mnie osobiście Komisja Egzaminacyjna proponowała zaraz po egzaminach inne szkoły oficersie bez egzaminów".